| DLACZEGO TAM (NIE)JESTEŚMY? WĘDROWNICZA WATRA 2006 |
| Wpisany przez Przemek Cynkier |
|
Nasza drużyna była na wszystkich Wędrowniczych Watrach. Oczywiście skład „Krzemienia” zmieniał się niejednokrotnie od pierwszej wędrowniczej zbiórki, ale z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie wieść, że WARTO pojechać na Watrę a wcześniej się do niej rzetelnie przygotować.
Z tych Watr, na których miałam szczęście być, pamiętam m.in. to, jak w Budach Grabskich (2002) w upiornym słońcu prowadziliśmy zajęcia z rozpalania ognia i pamiętam też trudne do wymówienia nazwisko oboźnego, albo to, jak w Suchej Rzeczce (2004) zmagaliśmy się na rewelacyjnym spływie kajakowym Czarną Hańczą by potem, przy pięknej pogodzie, uczyć się od innych tego, jak powinno się robić zdjęcia czy jak zarządzać projektami. Pamiętam też, nieznanych nam do tej pory, „Wilków” z Hufca Poznań Grunwald (którzy zdobyli wtedy tytuł „Primus inter Pares”) a zwłaszcza ich film i uchwycone na nim przelatujący klangor ptaszorów. A z bieszczadzkiej Watry (2005) pamiętam teatr ognia „Skauta” z Krotoszyna (który tamtego lata zdobył właśnie „Primus inter Pares”), to, jak uczyli nas robić krajki, a także deszczową pogodę na trasie po najwyższych partiach Bieszczad jak również chwile w kawiarence akademickiej spędzone na śpiewach i konstruktywnych rozmowach: „Co dalej z Watrą?”. No właśnie, co dalej? Przyjeżdżając na kolejne Watry zadawałam sobie z moimi przyjaciółmi pytanie, czy powinno się postawić na powszechność tej imprezy, czy na jej elitarność? Czy zapraszać wszystkich i obniżać poprzeczkę tak, by było nas jak najwięcej, czy jednak ją podnosić i wymagać od wędrowników odpowiedniego zaangażowania, które tym samym przełożyłoby się na jakość WW? Tegoroczna Watra jest dla mnie brakiem odpowiedzi na to pytanie. Nie wiem czy istnieje rozwiązanie problemu zwanego „tumiwisizmem” niektórych ekip. To na pewno da się ograniczyć przestrzeganiem przez organizatorów terminów, do których należy coś wykonać, uprzednim czytaniem konspektów zajęć, itp. Jednak chyba nie o to chodzi, by ktoś stał nad nami i patrzył nam wciąż na ręce. Bo chyba o to chodzi, by po prostu dotrzymywać słowa: skoro zobowiązaliśmy się do przeprowadzenia zajęć o konkretnej tematyce (związanej z myślą przewodnią zlotu) najlepiej jak potrafimy, to nie powinnyśmy ratować się pląsami tylko dlatego, że „osoba, która miała prowadzić te zajęcia nie dojechała”. Skoro mamy przygotować prezentację na temat realizowanego przez nas znaku służby, to powinnyśmy to zrobić po pierwsze zgodnie z tematem, a po drugie na poziomie godnym pokazywania tego publiczności. Niestety bylejakość widać na każdej Wędrowniczej Watrze. Ale ja znalazłam doraźne na to rozwiązanie (chociażby w przypadku zajęć). Wybieram, i swoim harcerzom też to polecam, zajęcia wg tego, kto je prowadzi. Dla mnie osobiście ważniejsza jest ekipa, do której idę, niż rewelacyjny temat, który potem i tak może okazać się „ściemą” (chociaż oczywiście nie musi). I dlatego od kilku lat nie jestem w gronie rozczarowanych, którzy przychodzą z zajęć zaraz po wyjściu na nie ze zrezygnowaną miną (bo zajęcia np. najzwyczajniej w świecie się nie odbyły). Dlatego byłam m.in. u „Małego Jastrzębia” i Rafała na zajęciach z rozpalania ognia tarciem drew (Sucha Rzeczka 2002), dlatego wybrałam zajęcia z psychoterapii prowadzone przez pewną drużynę z Suwałk (Wetlina 2005) i dlatego byłam tego lata u „Skauta” by pomachać sobie poikami. 4 godziny treningu dały rezultat: umiem 1 układ! Dlatego też starałam się, wg tego klucza, i w tym roku, wraz z drużyną, zakwalifikować się na trasę 7. (czeskie i polskie Góry Stołowe) wiedząc, że organizuje je dobre środowisko z Wałbrzycha z dh. Szymonem na czele. Na szlakach 7. trasy. Udało nam się. Trasa 7. to był strzał w 10! Było rewelacyjnie, przecudownie i przeładnie! By się na nią zakwalifikować, musieliśmy szybko opracować konspekty zajęć i wpłacić na WW; ale się udało. Komendant i komenda trasy byli po prostu przemili i bardzo wyrozumiali. Doskonale zorganizowani opowiadali nam o najlepszych zakamarkach tamtych szlaków wciąż nam na nich towarzysząc. Co prawda mogli rozdać nam, zamiast czarno-białego, kolorowe ksero map, ale i tak radziliśmy sobie świetnie i zawsze trafialiśmy do celu (może nie tak do końca na czas, ale za to pod koniec byliśmy coraz bardziej punktualni). Świetnym, moim zdaniem, pomysłem było to, że każdy patrol sam decydował którędy chce iść, dobierając trudność szlaku do swoich możliwości. A że startowaliśmy wszyscy (około 6 ekip) mniej więcej o tej samej godzinie, to i część przygód mieliśmy wspólnych. Na przykład do dziś wspominamy mrożące krew w żyłach chwile, kiedy przechodziliśmy obok hodowlanego stada krów i byków gotowych w każdej chwili do ataku. Nadłożyliśmy wtedy trochę kroków (trzeba było obejść tę groźną rodzinkę wzgórzem), ale za to jak szybko przemykaliśmy z plecakami przez kolejne „pastuchy” i zasieki! W takich chwilach patrol się naprawdę jednoczy albo… izoluje jednostki potencjalnie niebezpieczne dla reszty. Otóż, w związku z tym, że tego dnia ubrana byłam prawie cała na czerwono, jakoś dziwnie nikt nie chciał mi towarzyszyć przy przeprawie wśród byków. Co prawda Reks tłumaczył mi się, że toruje mi drogę, ale już nie mógł mi wyjaśnić dlaczego robi to aż 20 metrów przede mną… Po prostu chyba morał z tego dla mnie taki, że zawsze należy ubierać się w khaki. Ale to oczywiście tylko osobista dygresja. „Watra. Na szlakach życia”. Szlaki czeskich Gór Stołowych, skalne miasta, przeprawy przez powalone drzewami ścieżynki, wspinaczki w ubłoconych buciorach, biwakowe (a czasem i nawet bardzo cywilizowane) warunki na noclegach, krajobrazy ubrane w chmury… Wyjazd na trasę 7. zaliczam do naprawdę rewelacyjnych elementów tej Watry. Tak samo, jak do trafnych akcentów zaliczam to, że Niachu (odpowiedzialny za wędrówki na WW) odwiedzał trasy i odciążał nas z materiałów programowych oraz to, że organizatorom naprawdę leżało na sercu to, aby każdy z nas zobaczył i przedreptał jak najwięcej. Na pewno trafne było również i to, już w przypadku organizacji całej imprezy, że każda drużyna mogła się w każdej chwili zorientować, zaglądając na stronę www, na jakim jest etapie przygotowań. Również temat przewodni WW oraz tematy zajęć były bardzo ciekawe. Szkoda tylko, że temat ten („Watra. Na szlakach życia”) nie był rozwinięty. Historia studenta, który szykuje się do poprawki obok historii kogoś, kto szykuje butelkę Mołotowa były jak nieprzystające do siebie dwa zdania wyrwane z kontekstu. A kontekst ten można było naprawdę świetnie rozbudować. I nie wystarczyła do tego nic nikomu nie mówiąca „gazetka” w środku hangaru. Dobrze też, że od samego początku przygotowań do Watry wiadomo było do kogo się zwrócić w danej sprawie. O trasach, o zajęciach czy o samej organizacji WW pisało się do konkretnych osób. Szkoda tylko, że nie wszyscy spieszyli się z odpowiedzią. A czasem, jak już się pojawiła, to była tak niejasna, że wolałam sama zadzwonić i spytać o co faktycznie chodzi. Na przykład sprawa flagi. Dość interesujące zagadnienie, bo do dzisiaj nie wiem dlaczego na stronie zielonej miały być (czy nie miały?) jasnozielone plamy. Po obejrzeniu innych flag, już na zlocie, zrozumiałam, że nie wszyscy mieli telefony do organizatora i że nie wszyscy dowiedzieli się tak, jak ja, że wcale tych plam nie musi być (więc po co wysyłany był jej projekt mailem?). Być może niektórzy uczestnicy zwrócili też uwagę na piccassowską pracę wiszącą na rusztowaniu złożoną właśnie z tych flag. Pytanie na przyszłość do następnych organizatorów: czy nie warto już pomyśleć o innym zadaniu, niż flaga? Watra poza Watrą. Dobrze, że na Watrze ukazywał się „Na tropie” i „Goniec” rozdawany na trasach. Szkoda tylko, że nie połączono sił i nie zdecydowano się na jedną gazetę od samego początku. Może dlatego osłabienie sprzętowe bądź ludzkie powodowało, że ta pierwsza nie zawsze ukazywała się na czas. Ważne jednak, że była i to coraz bogatsza w treści i nazwiska autorów. Ważne, że zauważano w niej dobre strony naszego zlotu i to, co można by było poprawić czy przedyskutować. A na pewno należałoby się zastanowić nad formą tzw. jarmarku drużyn, który odbywał się w jednym hangarze (dla kilkuset osób) pierwszego wieczora. Bez oświetlenia, uprzednio dostawszy arkusz szarego papieru i kilka kredek do „zaprezentowania się”. Przyznam, że to „coś” zwane jarmarkiem było po prostu absurdalne: jeden wielki hałas i próba przekrzykiwania się nawzajem; rozdanie wędrownikom szarego papieru i kazanie się na nim zaprezentować czy wreszcie pora dnia, a właściwie wieczoru, uniemożliwiająca patrzenie pod nogi a co dopiero na inne patrole wzbudzały moją wesołość. Szkoda, że zamiast tego nie wyruszyliśmy wszyscy razem na zwiedzanie Kłodzka. Przecież można było pokazać się mieszkańcom albo wspólnie (bądź biwakami) iść na Twierdzę Kłodzką, przeprowadzić jakiś happening, wciąć udział w grze historycznej. A zamiast tego wydzieraliśmy się w ciemnym hangarze. Zupełnie też, moim zdaniem, niepotrzebna była „obowiązkowa” obecność na (bardzo dobrze przygotowanym skądinąd) teatrze ognia. Czy rzeczywiście wszyscy musimy chodzić razem pod dyktando? Po tym występie znów razem udaliśmy się na rozpalenie wędrowniczej watry. Oczywiście wtedy obecność wszystkich była wskazana; tylko, jeśli te dwie części (teatr ognia i rozpoczęcie) były obowiązkowe, to można by było połączyć je tematycznie tak, by drugie wynikało z pierwszego. A tak, nie dość, że nie były one ze sobą powiązane, to jeszcze oddalone od siebie. Może ze względów technicznych organizatorzy nie zrobili właśnie tego, co ich poprzednicy z zeszłego roku i niestety nie rozpalili watry na terenie zlotu, wśród biwaków. Watra poza zasięgiem wzroku była przez nas, w ciągu dnia, niezauważalna. W ferworze zajęć kompletnie o niej zapominaliśmy. A przecież miała nam towarzyszyć… Również MIŚ (Międzybiwakowa Impreza Śpiewana) nie była chyba najlepszym pomysłem. Śpiewanie, przy prawie całkowitej ciemności, przy kiepskim nagłośnieniu a w dodatku na scenie z kilkudziesięcioma osobami z biwaku nie należało do przyjemnych doświadczeń akustycznych. Ale co tam, ważne, że niektóre prezentacje multimedialne puszczane na tzw. „wieczorze filmowym” zasługiwały na oklaski. Ale tylko niektóre. Co prawda większości nie było nam dane obejrzeć, lecz to wynik nieprzygotowania się organizatorów, którzy nie mieli ponoć odpowiednich sterowników. Szkoda, na pewno więcej prac drużyn można by było tym samym pochwalić. A tak, zobaczyliśmy tylko połowę, gdyż na pozostałe nie starczyło czasu (?). Mimo wszystko warto. Zawsze warto. Zawsze warto jechać na Wędrowniczą Watrę. W mojej drużynie od paru lat tak właśnie kończymy obóz wędrowny. A myślimy o niej już we wrześniu, kiedy to planujemy naszą pracę na cały rok. I choć rzetelne i jakościowo przyzwoite przygotowanie się do niej kosztuje nas sporo czasu i energii, to wiemy, że warto podjąć ten wysiłek. Bo to świetny sposób na to, by zobaczyć się z innymi wędrownikami, podpatrzeć i usłyszeć o tym gdzie wędrują, jak sobie radzą z problemami codziennymi (które spotykają przecież każdą drużynę) a także świetna okazja do tego, żeby odpocząć po obozie wędrownym w gronie rówieśników, pośmiać się, podyskutować w czasie konferencji wędrowniczej (tego lata była zdecydowanie lepiej przygotowana, niż poprzedniego) i zobaczyć w czym jesteśmy dobrzy a nad czym powinnyśmy jeszcze popracować. Zatem dziwię się dlaczego wiele drużyn nie korzysta z takiej wyśmienitej okazji zorganizowanego przecież wyjazdu (odchodzi nam przecież wiele zachodu związanego z przygotowaniami). Pewnie fakt, iż należałoby tym samym zarejestrować obóz (Watra ma zwykle 6 dni) odstrasza część ekip (lub, ze względów formalnych, uniemożliwia im wyjazd) ale to i tak świetna okazja do wyprawy gdzieś z drużyną. Może niektórzy boją się rywalizacji, może nie chcą w tej konfrontacji dowiedzieć się o sobie czegoś, co może woleliby przemilczeć. Wierzę jednak, że część tych obaw jest bezpodstawna. Wydaje mi się, że to kwestia odpowiedniego nastawienia i nie stawiania rywalizacji na pierwszym miejscu. Każda drużyna ma przecież na pewno coś dobrego do zaoferowania, może pochwalić się czymś oryginalnym i niezwykłym. Nie bójmy się stawać w wędrowniczym gronie i równać do lepszych od siebie. O to przecież chodzi w kroczeniu naprzód. A na Watrze wszyscy powinnyśmy stać w tym samym szeregu, wśród tych, których podziwiamy i tych, którzy podziwiają nas samych. I temu powinien właśnie, moim zdaniem, służyć proporzec „Primus inter Pares” – w nadawaniu kierunku i tempa rozwoju, dyskusji, zmian, refleksji i służby. I życzę każdej drużynie, żeby chociaż we własnym sumieniu, nie raz „nadała” sobie ten honorowy tytuł. Tylko dajmy sobie szansę. Przyjedźmy na Watrę. Następna czeka nas w 2008 roku. Będzie nam niezwykle miło przekazać proporzec drużynie, która pokaże sobą dobrą, harcerską jakość i wędrowniczy styl. Ciekawe, któż to będzie… phm. Daria Siwka Była drużynowa 44 DW „Krzemień 66” im. hm. F. Marciniaka Hufiec Gniezno ¬ródło: www.harcownik.zhp.wlkp.pl |