| ... A miało być o... |
| Wpisany przez pwd. Ula Ziober |
Są drogi, które możemy przejść tylko w pojedynkę, nie ma drogowskazów, wszystko zależy od nas...Nie z każdej podróży przywozi się zdjęcia i pamiątki. Są takie drogi, które możemy przejść tylko w pojedynkę. Nie ma tam drogowskazów ani autostopu. I tylko od nas zależy jacy będziemy, gdy dojdziemy do celu... Jest koniec stycznia. Za oknem wprawdzie trzaska mróz, ale zamiast pięknego białego krajobrazu tylko deszcz i szaruga. Oto właśnie piękna zima w mieście. Wszystkie dni są krótkie i zabiegane. Wychodzę z domu w środku nocy, tzn. o godzinie 6.07, wracam też w nocy tzn. o godzinie raczej niesprecyzowanej, ale zazwyczaj dość późnej. A między tym warsztaty z gipsowania i murowania elementów architektonicznych, praca w sklepie za ladą albo przy komputerze, zajęcia na uczelni, naprzemian z zajęciami w szkole policealnej i oczywiście korepetycje z Frankiem, który wprawdzie uwielbia historię sztuki, ale jeszcze niekoniecznie rozróżnia Myrona od Byrona. A to wszystko przetykane chwilami spokoju, gdy wepchnę się do kolejnego tramwaju, gdzie w sprzyjających okolicznościach mogę w jakimś kącie popaść w chwilowy letarg albo nawet małą drzemkę, zanim zdążę się zorientować, że właśnie mijam przystanek, na którym miałam wysiąść. W dodatku wielkimi krokami zbliża się termin mojego egzaminu ze sztuki średniowiecznej, z którego to rok wcześniej poniosłam sromotną klęskę, a który miał być przecież najłatwiejszym egzaminem w ciągu pięciu lat historii sztuki. Ot, zwyczajna uczelniana formalność. Pikuś. No cóż, łatwość i trudność okazuje się pojęciem równie względnym, jak czas i pieniądze. W dodatku w nagłym przypływie chorej ambicji, a może w chwili totalnego zamroczenia umysłu, zapisałam się pół roku wcześniej na dodatkowy egzamin z filozofii i doktryn artystycznych. Teraz więc we śnie i na jawie nawiedzają mnie koszmary. Duchy Platona i św. Tomasza z Akwinu przechadzają się po zimnych wnętrzach średniowiecznych zamków i oglądają kryształowe sklepienia w gotyckich katedrach. Od czasu do czasu udaje mi się wpaść na mały trening na ścianę wspinaczkową. Są to nieliczne momenty pewnej formy mentalnej ucieczki od problemów życia codziennego, gdyż wszyscy bywalcy ściany na poznańskim AZSie doskonale wiedzą, że w miesiącach zimowych zamarza tam wszystko, łącznie z kończynami i mózgiem, wspinacza. A to przynajmniej na chwilę zwalnia ten biedny organ ze smutnego obowiązku myślenia i podejmowania logicznych decyzji. Moje życie towarzyskie w czasie sesji, z oczywistych względów, w zasadzie przestaje istnieć zamienione na randki z książkami i spotkania z notatkami. W takim oto sielskim otoczeniu po dwóch tygodniach absolutnie już zapomniałam o piaskach Sahary i spokojnym trybie życia mieszkańców Maroka. I nagle.... - Jedź ze mną na Majorkę. Zobaczysz, będzie plaża i palmy. Rodzicom postanowiłam powiedzieć o tym po egzaminach. Mamo, Tato zdałam, a teraz jadę na zasłużone wakacje. Niestety rzeczywistość okazała się mniej optymistyczna. Najpierw była nieprzespana noc, mały duszny pokój doktorantów i przeklęte pytania, których nie zapomnę do końca życia. Ale to było dopiero jakieś dwa tygodnie później. Do dziś nie wiem, co sprawiło, że się zgodziłam na ten wyjazd. Może to wizja tych moich ukochanych i wymarzonych palm, może ta okropna pogoda za oknem i permanentna melancholia, w jaką popadam zimą. A może chciałam po prostu uciec? Grunt, że jeszcze tego samego dnia pożyczyłam pieniądze od mojej przyjaciółki i kupiłam bilety na Majorkę. I tym sposobem, już po chwili znowu wyruszałam w drogę... Ale drogi są przecież rozmaite: długie i krótkie. Proste i pełne zakrętów. Asfaltowe, żużlowe, a czasem zwyczajnie piaszczyste. O nawierzchni gładkiej i błyszczącej w promieniach słońca i pełne dziur jak ser szwajcarski. Są szerokie droooogi i wąskie dróżki. Eleganckie czteropasmówki i leśne ścieżyny. A wpadając już w nieco pompatyczny ton dodam, że nasze życie to też droga. I to właśnie ta najważniejsza. Są takie chwile, że stajemy na skrzyżowaniu i musimy podjąć decyzję, w którą stronę pójdziemy dalej. Niestety nie zawsze nasz wybór okaże się właściwy, a wtedy potrzeba dużo siły woli i determinacji, żeby zawrócić i na nowo podjąć poszukiwania. Ja podjęłam bardzo trudną dla mnie decyzję. Po prawie trzech latach postanowiłam zrezygnować ze studiów. Nie będę się tu rozwodzić nad powodami, które mnie do tego skłoniły, bo są one, jak to bywa zazwyczaj w takich sytuacjach, bardzo indywidualne i nie ma sensu w żaden sposób ich oceniać i roztrząsać. Ponieważ jestem z natury dość impulsywnym człowiekiem, zdarza mi się dość często ulegać owym impulsom i chwilowym uniesieniom (takim, jak na przykład wizja palm i ciepłego morza, od której zaczął się ten artykuł). W tej kwestii jednak nie pozwoliłam sobie na żadne lekkomyślne emocje. Długo się zastanawiałam i rozważałam wszystkie możliwe warianty i scenariusze. I wreszcie zdecydowałam się zakończyć ostatecznie ten rozdział w moim życiu. Nie będę już dłużej studentką historii sztuki. Finito. Ale tak naprawdę sama rezygnacja nie jest tu najtrudniejszym i najważniejszym postanowieniem. Właściwie, to akurat bywa całkiem proste. Otworzyć drzwi, przejść przez próg, wybiec na zewnątrz i nigdy już nie wracać. Poddać się. Dać za wygraną. Odpuścić. Na Majorce było fantastycznie, bo gdy się jest w podróży, to nie można myśleć o niczym innym. Jest tylko dzień dzisiejszy. Liczy się wschód słońca, smak kaszki manny na śniadanie, kolor nieba i ciężki plecak. Łatwiej się wtedy cieszyć z tych najmniejszych drobiazgów, ale i łatwiej zapomnieć o tych prozaicznych i przyziemnych problemach, które zostały gdzieś daleko, w tym innym, zwykłym życiu. Podróż jest zawsze nową przygodą, ale często jest też nieudolną próbą ucieczki przed obowiązkami i odpowiedzialnością. Bo nawet, jeśli znikniemy na dwa tygodnie, na miesiąc, na rok, to, gdy wrócimy, okaże się, że jesteśmy w tym samym miejscu, co w dniu wyjazdu. Nie miniemy naszych problemów bokiem, a one same też się na pewno nie rozwiążą. Gdy ja wróciłam w końcu do domu rozpakowałam plecak i schowałam do szafy słoneczne wspomnienia o palmach, nadeszło zwątpienie, rezygnacja i to fundamentalne pytanie: Co dalej? I to jest właśnie najtrudniejsza część całego planu. Mieć odwagę, żeby zacząć od początku i nie zastanawiać się ciągle nad tym, co będzie, jeśli znowu się nie uda? To nie takie proste, gdy patrzy się na znajomych, którzy niedługo będą przygotowywać się do absolutorium. Kiedy ma się poczucie zmarnowanego czasu. I przede wszystkim, kiedy wciąż kołacze się w głowie nieznośna myśl o tym, że skoro raz się tak bardzo pomyliłam, to może się to znowu zdarzyć. Ale dalej jest przecież całe przyszłe życie, które należy sobie jakoś ułożyć, wyprostować. Trzeba pozbierać te wszystkie drobne kawałeczki tego „co było" i tego, „co miało być, a nie wyszło" i poskładać z nich pomysł na coś zupełnie innego. P.S. To miał być artykuł o wesołym wspinaniu na Majorce i szalonych przygodach autostopowicza włóczęgi. Ale jak zwykle napisał się sam i to o czymś zupełnie innym, niż początkowo planowałam. Chociaż trochę też o wędrówce, bo przecież w gruncie rzeczy każdy z nas jest w pewnym sensie wędrowcem poszukującym nowych dróg i szlaków:) |
Są drogi, które możemy przejść tylko w pojedynkę, nie ma drogowskazów, wszystko zależy od nas...