W deszczu i w śniegu
Wpisany przez Piotr Skrobich   
izery_lid
Kto powiedział, że udana wędrówka to wędrówka w słońcu i w suchych butach? Brnąc po pachy w śniegu w mokrych ciuchach też może być cudownie...










Rajd Halnego potrafi zadowolić najbardziej wybredne gusta! Dlaczego? Bo czego weekendowy turysta może oczekiwać zimą w górach? Czyżby pięknej pogody? Czy raz śniegu, raz deszczu, przeplatanych słońcem na bezchmurnym niebie? Tras znośnych, które zmuszając do wysiłku, wiele w zamian oferują, od krajobrazów począwszy, na klimatycznych schroniskach skończywszy? A może przygód i czynów chwalebnych, które potem można wspominać, a siadłszy przy stole w kawiarni wśród znajomych brylować, ust nie zamykać i o coraz to nowym wartym uwagi zdarzeniu tudzież anegdotce opowiadać? Bo to, co na rajdzie było niezwykłe – blasku nabiera wraz z wiekiem i, jak napój szlachetny będąc, zyskuje aromatu i o co raz to nowe doznania się bogaci. Ale trzeba też szczerze przyznać, że obecność nawet w najbardziej legendarnym miejscu niewiele sprawi przyjemności, gdy ludzie nam będą doskwierać. Toteż klimat wyjazdu to przede wszystkim towarzystwo! Nad wyraz zgrane, skłonne do zabawy, z którym każdy potrafi znaleźć jeden wspólny język. Wszystkie te elementy zawierał w sobie grudniowy rajd „Śnieżny”.

izery1 izery2

Rajd ów rozpoczął się w nocy 6 grudnia 2007 roku. Dzień ten wypadał na czwartek, więc wyjazd można z powodzeniem nazwać weekendowym. O godzinie punkt druga, tradycyjnie pod tajemniczym i nieistniejącym już neonem „Kwiaty” na dworcu głównym w Poznaniu odbyła się zbiórka, na którą stawili się na szczęście wszyscy, bez wyjątku uczestnicy wyjazdu. Rajdy Halnego zawsze są prowadzone przez organizatorów, którzy podejmują się tego niezwykłego zadania dla zdobycia „blachy”, aby z członka- sympatyka w członka mianowanego się przeobrazić. Tym razem tymi dwiema dzielnymi osobami były dwie gorzowianki- Kamila i Marysia, którym należą się brawa i wielki szacunek, że podołały temu zadaniu. Do pociągu weszliśmy z wielkim wyprzedzeniem, aby zająć miejsca w przedziałach i rozgościć się przed trudna podróżą. Gdy tylko pociąg ruszył część osób spać poszła, a część czuwała na rozmowie, by sen nie był zbyt głęboki i by Jeleniej Góry, (mimo, że stacja ta była końcową) nie przegapić. Jeszcze tylko podjechaliśmy autobusem do Szklarskiej Poręby i tam też się podzieliliśmy. Mniej więcej połowa z 30 uczestników rajdu została na miejscu, by zmierzyć się z trasą wiodącą przez Wysoki Kamień. Reszta zaś pojechała na Rozdroże Izerskie, aby stamtąd udać się przez „Rozdroże pod Zwaliskiem” w kierunku Polany Jakuszyckiej. Zostałem w grupie pierwszej, więc skupię się na jej przygodach.

Z autobusu wyszliśmy wielce ożywieni, bo co też może spotkać człowieka lepszego niż zasnąć w mieście wśród spalin, a oczy otworzyć będąc na łonie natury? Deszcz padał rzęsiście, więc czym prędzej rozpoczęliśmy marsz. Najpierw do sklepu, aby zaopatrzyć się w potrzebne artykuły, a następnie pewnym krokiem w kierunku Wysokiego Kamienia. Owszem, śnieg zalegał gdzieniegdzie, ale nie były to ilości uprawniające do powiedzenia, że było go dużo. Na pewno nie wystarczająco dużo. Dopiero, gdy przeszliśmy wierzchołek góry i zostaliśmy przepędzeni z klimatycznej remontowanej chatki bufetowej, natrafiliśmy na lepszy szlak. Nie było już wtenczas błota – sam tylko śnieg biały, wyzłacany słońcem, posrebrzany igliwiem. Co najważniejsze- szlak był przetarty. I to nieprzerwanie przez następne dwie godziny, gdy to zupełnie niespodziewanie dogoniliśmy grupę, która wyruszyła z Rozdroża Izerskiego, a która zmagać się musiała ze szlakiem nieprzetartym. Bez tego całego wydeptywania śladów, gubienia drogi, pojedynczych odpoczynków - dałoby się iść dużo szybciej, a tak cóż... Wysforowaliśmy się na przód i zaczęliśmy przecierać dalszy szlak. Szczególnie, że ten w danej chwili uległ całkowitemu zagubieniu i trzeba było licznych podchodów, zwiadów i szczęścia by trafić na niego z powrotem. W wyniku tych perturbacji grupy uległy wymieszaniu i przekształceniu. Część postanowiła zawrócić i szukać innego sposobu dotarcia do Polany Jakuszyckiej i dalej do Stacji turystycznej „Orle”. Było to o tyle uzasadnione, że aura w tym momencie była wyjątkowo niekorzystna. Ale nic to! W mniejszym już gronie brnęliśmy dalej!

izery3

Cała dalsza droga pokryta była podśnieżnymi jeziorami. Wtedy autentycznie żałowałem, że się nie wróciłem i zazdrościłem (w moim wyobrażeniu) szczęśliwcom, którzy prawdopodobnie sunęli o tej porze autobusem w stronę naszego miejsca noclegowego. Jednak, mimo że początkowo pokonywaliśmy naszą trasę bardzo opornie, a wszystkie rzeczy na sobie, a także większą część zawartości plecaków mogliśmy wręcz wyżymać z wody, to po pewnym czasie się rozkręciliśmy i dotarliśmy do Polany pod Cichą Równią. Od tego miejsca dzieliła nas do schroniska godzina drogi czasu letniego. Jednakże szlak w dalszym ciągu był nieprzetarty. Szliśmy, więc gęsiego, a osoba prowadząca wytyczała ślady, które zagłębiały się w śnieg na głębokość zwykle znacznie przekraczającą 50 centymetrów. Na szczęście krajobrazy zmieniły się diametralnie. O ile cały ranek i południe spędziliśmy we mgle, przy niemal zerowej widoczności – to teraz, gdy tylko poczęło się ściemniać, podziwiać mogliśmy piękną panoramę Gór Izerskich w całej okazałości. Godzinną trasę pokonaliśmy w niecałe trzy, a ostatni odcinek szliśmy rzeką, która koryto swe wytyczyła na ścieżce pod śniegiem. Efekt tego był taki, że każdy krok powodował głośne „plum”knięcie, gdy tylko but z wielką siłą zapadał się w wodę. W momencie, w którym zobaczyliśmy początkowo nieśmiałe, potem coraz bardziej natarczywe światła schroniska Orle, byliśmy z siebie naprawdę zadowoleni. W ekipie wielce internacjonalnej (polsko-portugalskiej), a także wielorasowej (ludzie i pies) dotarliśmy, jako pierwsi uczestnicy rajdu do celu.

Szybko wzięliśmy w posiadanie całą główna salę klimatycznego „Orlego”. Wrzątek był za darmo, więc każdy za cel główny postawił sobie wypicie jak największej ilości rozgrzewających herbat. Wkrótce także dookoła rozszedł się intensywny zapach zupek chińskich, tudzież gorących kubków. Dopiero po dwóch godzinach zaczęły przychodzić pierwsze, na razie pojedyncze osoby z trasy krótszej, która „krótsza” i „łatwiejsza” była tylko w moich wyobrażeniach. Kiedy tylko zebraliśmy się wszyscy, pora było rozpocząć imprezę wieczorną. W ten oto sposób mogliśmy długo dzielić się wrażeniami dnia minionego. A gdy pora była już późna i powieki zaczęły się same sklejać, musieliśmy jeszcze przebyć dość dużą odległość do części noclegowej schroniska. Wzorując się na poważnych autorytetach, jakimi są przedstawiciele zarządu naszego klubu, wybraliśmy się na trasę w klapkach (buty, po wylaniu z nich litrów wody, suszyły się). Odrobina krioterapii przed snem nie zaszkodzi…

izery4


Ranek przywitał nas zupełnie odmienną aurą. Słońce, które początkowo zdało się być złudzeniem, świeciło naprawdę, dodając nam sił i otuchy na kolejny ciężki dzień w górach. Na szlak zgodnie z oczekiwaniami organizatorek wyszliśmy, mimo sporego rozprężenia, dość wcześnie. Jedynie ekipa portugalska, nie nawykła do codziennego trudu i walki o przetrwanie, zdecydowała się wracać do domu. Trudno... Może kolejnym razem jak pojadą z Halnym podszkolą kondycję i zdecydują się zostać dłużej. My tymczasem, zaraz po zakończeniu posiłku, wybraliśmy się w kierunku Chatki Górzystów trasą, wiodącą przez przepiękny rezerwat „Torfowisk Izerskich”. Cel ten osiągnęliśmy po dwóch godzinach marszu. Szlak był, bowiem wyjątkowo stabilny i człowiek nie zapadał się przy każdym kroku, tocząc nieustanną walkę z grawitacją. Do tego mogliśmy oglądać piękne panoramy izerskie. Z Racławicką nie mają może one zbyt wiele wspólnego, ale na temat tego, które są piękniejsze skłonny byłbym dyskutować. To, co latem razi zniszczeniami, które w sposób nieubłagany są owocem zanieczyszczenia powietrza w tym rejonie kraju, zimą znika pod gruba pokrywą śniegu, ciesząc oko, niczego niepodejrzewającego turysty. I tak dotarliśmy do Chatki Górzystów. Tam, kosztując smacznych naleśników z jagodami, z których to miejsce słynie, zbieraliśmy siły na dalszą część trasy.

Mając na uwadze wczesną godzinę zmierzchu, a także potencjalnie ciężki stan trasy czekającej nas jeszcze tego samego dnia, większość rajdowiczów wybrała drogę najkrótszą, wiodącą przez „Jarzębczą Polanę” prosto do Schroniska „na Stogu Izerskim”. Część jednak wybrała szlak alternatywny- Drogę Borowinową, prowadzącą południową granią Gór Izerskich w kierunku Smreka. I właśnie o tej drodze chciałbym teraz opowiedzieć. Trasa obliczona na dwie godziny marszu już na samym początku zaczęła nam sprawiać trudności. Będąc pewnie pierwszymi turystami w tych stronach od wielu dni, zagłębialiśmy się po pas w świeży, puszysty śnieg. Mimo to, pierwsze trzy godziny marszu wspominam bardzo miło. Problemy rozpoczęły się dopiero po zmierzchu, gdy trasa zaczęła odbijać w kierunku lasu, a przy tym wszystkim zgubiliśmy oznaczenia. Chwała jednak tym, którzy nie bacząc na zmęczenie gorliwie zostawiali ślady i mozolnie pieli naszą grupę w górę, w kierunku przełęczy „Łącznik”. Po kolejnej godzinie byliśmy u celu. Przeszliśmy przez główna grań Izerów i znaleźliśmy się po jej stronie północnej, tak, że przed nami rozciągał się piękny widok na Świeradów Zdrój. Większość osób poszła wtedy prosto do schroniska. Ja jednak razem z sześcioma innymi śmiałkami postanowiłem jeszcze zdobyć majaczący gdzieś w ciemnościach szczyt Smreka i zahaczyć o polsko-czeską granicę jeszcze przed wstąpieniem do Schengen. Im więcej przejść przez „zieloną granicę” tym więcej adrenaliny! Szkoda, że te piękne czasy minęły już bezpowrotnie... Sięgając do rezerw energetycznych wykrzesaliśmy z siebie jeszcze trochę sił i wspięliśmy się na wierzchołek. Nasyciliśmy oczy widokiem, jaki na Dolny Śląsk rozciągał się z okien strażnicy granicznej. Do naszego ostatecznego celu- schroniska „Na Stogu Izerskim” dotarliśmy chwilę po 20-tej...

O samym schronisku wypowiem się oględnie. Ma ono swoje dobre strony. Przede wszystkim jest. I, co też ważne, jest bardzo ładnie położone. A wszystkie mankamenty rekompensowało nam towarzystwo wspaniałych ludzi. I tak spędziliśmy ostatni, niezapomniany wieczór naszej wyprawy. W czasie tradycyjnej „mety” Kamila i Marysia przeprowadziły przy dźwiękach gitary wiele wspaniałych konkursów, począwszy od krajoznawczego, na zręcznościowym skończywszy. Zupełnie niespodziewanie okazało się wówczas, że stolicą Polski jest Gorzów Wielkopolski, a Kazimierz Marcinkiewicz dorabia sobie do pensji, jako dyrygent. Organizatorki, by przestąpić zaszczytny próg członkostwa w klubie, także musiały stawić czoła trudnemu zadaniu, obmyślonemu specjalnie dla nich przez Zarząd Klubu. Dalsza, nieoficjalna już część imprezy toczyła do późnych godzin nocnych (lub, jak kto woli, wczesnych godzin rannych).
A w niedzielę rano trzeba było wracać. Jako że powroty są smutne i nie lubi ich żaden miłośnik gór, to o tym etapie rajdu nie będę się rozpisywał. Dość powiedzieć, że do Poznania dostaliśmy się bez większego trudu. Tylko tych pięknych gór tak żal i ciągle gdzieś tam człowieka ciągnie!


Piotr Skrobich


Artykuł pochodzi z serwisu "Harcownik Wielkopolski" www.harcownik.zhp.wlkp.pl


Dodaj do:    Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar