| Wykorzystaj każdą szansę |
| Wpisany przez Arkadiusz Drygas |
Jak zostać dziennikarzem? Albo z powołania albo z przypadku. Albo i jedno i drugie, bo co, jeśli później okaże się, że ów przypadek był strzałem w dziesiątkę, który stał się sposobem na życie?Zacznijmy od tego, że ja nie miałem być dziennikarzem, a tym bardziej fotoreporterem czy wydawcą. Kiedy byłem w czwartej klasie liceum ekonomicznego lokalny tygodnik ogłosił konkurs, a jego zwycięzcy mieli tworzyć młodzieżową redakcję tej gazety. Wówczas, mimo że uczyłem się w szkole ekonomicznej, to zapytany o ulubione przedmioty odpowiadałem jednym tchem: historia, polski, angielski i niemiecki. A jednak w ogóle nie zainteresowałem się tym konkursem. Nie chciało mi się bawić w dziennikarstwo. To nauczycielka polskiego z mojej szkoły wierciła mi w tej sprawie dziurę w brzuchu, jednak dopiero po namowach mojego historyka, zdecydowałem się coś napisać. W ostatnim dniu upływającego już terminy zgłoszeń, oddałem mini reportaż, który zrealizowałem na podstawie rozmów z tzw. ludźmi spod monopolowego o ich życiu i problemach. I spodobało się. To był 2001 rok. O ile pamiętam redakcja młodzieżowa liczyła sześć osób. Po pół roku przestała istnieć. Dla mnie przygoda nadal trwała, a pozostałej piątce najwyraźniej się znudziło. Jednak kiedy nadszedł wrzesień, a ja zdecydowałem, że będę studiował polonistykę u profesora Miodka, oczywiście zaocznie, ale że chcę mieszkać we Wrocławiu i tam pracować, mój wydawca poprosił o rozmowę. Zaproponował mi etat w gazecie. Przyjąłem natychmiast! Szukaj dobrych ludzi. To chyba wtedy zauważyłem, że dobrze jest korzystać z każdej szansy, którą przynosi los. Zauważyłem, że wolę próbować, niż być biernym, bo jeśli spróbuję, to mogę coś osiągnąć, a nawet jeśli się nie uda, to będę miał świadomość, że próbowałem i nie będę miał dylematów w stylu: A może warto było…? Zawsze warto!Już w 2002 roku dostałem do dyspozycji świetny aparat fotograficzny, analogowy (na filmy) canon eos 300 z obiektywem 28 – 300, rewelacyjna lustrzanka, na której uczyłem się robić zdjęcia prasowe i dzięki której zakochałem się w fotografii – sztuka ta jest obecnie największą pasją mojego życia i co ciekawe dobrym źródłem dochodu. Uczyłem się nie tylko robić dobre zdjęcia koncertowe podczas występów Perfectu czy U2 (ale to później), ale i interesujące, dynamiczne zdjęcia… dziur w drodze, bo takie też są potrzebne. No i oczywiście nie mając żadnego przygotowania w tym kierunku, szlifowałem na swoich błędach warsztat dziennikarski, umiejętności układania wywiadów, przeprowadzanie ich, pisania, realizowania reportaży itd…I znowu spotkałem na swojej drodze wartościowych ludzi, doświadczonych dziennikarzy, którzy poświęcili mi swój czas i cierpliwość. I nauczyli wielu rzeczy. Na reportaż do… Dublina. W 2003 roku ponownie skorzystałem z szansy. Na całym świecie kończyły się przygotowania do 11 Letnich Igrzysk Olimpiad Specjalnych Dublin 2003, w których startowały reprezentacje krajów złożone z osób niepełnosprawnych intelektualnie. Nasza reprezentacja, uważana za jedną z czterech najlepszych na świecie (!) oczywiście również tam się wybierała. Reprezentantami Polski w piłce nożnej byli m. in. chłopcy ze Specjalnego Ośrodka Szkolno Wychowawczego w Borzęciczkach pod Krotoszynem. Odwiedziłem ich w trakcie przygotowań wraz ze znajomym z Poznania, szefem Towarzystwa Polsko – Irlandzkiego, do którego ja już wtedy też należałem. Podczas luźnej rozmowy Krzysztof (szef TPI) zapytał: A czemu ty się tam nie wybierasz by relacjonować ich sukcesy? No właśnie, pomyślałem, czemu? Podczas kolejnej wizyty, spotkałem dziennikarza z TVP 2 z Warszawy, Sebastiana, który realizował o sportowcach reportaż i jechał do Dublina z nimi. Postanowiłem, że nie może mnie tam zabraknąć. Ściągnąłem z internetu ponad 20 – stronicowy wniosek o przyznanie mi akredytacji dziennikarskiej, wysłałem go i… zacząłem się zastanawiać skąd ja na to wezmę pieniądze. Mój tygodnik wówczas już od dwóch miesięcy należał do innego właściciela – dużego, międzynarodowego koncernu prasowego. Moje poznańskie szefostwo, a konkretnie dział sportowy, bardzo był zainteresowany materiałami z Olimpiady i w ogóle nie był zainteresowany finansowaniem mojego wyjazdu – jako wsparcie otrzymałem aparat fotograficzny do dyspozycji i t – shirt z logiem gazety, ładny bawełniany, mam go do dziś, ale nie noszę, bo jest mi za duży… A ja bardzo chciałem jechać, toteż stwierdziłem, że na bilet autobusowy w dwie strony mam, nocleg za grosze poprzez TPI załatwiłem sobie w jednym z dwóch „polskich domów” w Dublinie, a reszta jakoś będzie. Tuż przed wyjazdem na spotkanie zaprosił mnie mój poprzedni wydawca, zapytał czy jadę do Dublina i czy mam pieniądze, bo dowiedział się, że muszę ten wyjazd sam sfinansować. Stwierdziłem, że jadę i że nie mam nawet minimum finansowego, ale sobie poradzę. Zapytał ile mi brakuje, na co ja odparłem, że co najmniej 500 zł. Wyciągnął portfel, wyjął wymienioną kwotę i wręczył mi banknoty z życzeniami powodzenia. Kolejny raz mi pomógł, nie chcąc nic w zamian (ostatecznie dostał ode mnie majtki i skarpety zakupione w oficjalnym sklepie Guinessa).Bono, Schwarzenegger, Mandela… Kiedy po 36 godzinach podróży, stojąc na pokładzie promu, widziałem zamglony brzeg Szmaragdowej Wyspy, kiedy wpływałem do dublińskiego portu, wiedziałem, że to będzie niezła przygoda. Miałem 21 lat i już mogłem pracować jako akredytowany dziennikarz przy największej imprezie sportowej, jaka na świecie odbywała się w tamtym roku. Wykorzystałem szansę, choć gdy rodzice dowiedzieli się, że sam to finansuje i koszty wyprawy będą 10 razy wyższe niż zarobione pieniądze, pukali się w głowę. A ja im mówiłem tylko, że to szansa jedyna w swoim rodzaju na zdobycie doświadczenia w pracy z dziennikarzami z całego świata. Zrozumieli po latach? W „press room’ie”, zorganizowanym na potrzeby tego przedsięwzięcia, pracowało ponad 1000 dziennikarzy. Naprzeciw mnie reporter z RPA, za mną dwie amerykańskie dziennikarki pracujące dla stacji CNN i ja. Zresztą dziennikarzy z Polski w tym towarzystwie było… trzech! Sebastian, bo do jego osoby TVP okroiła swoją ekipę, ja oraz Michał Olszański z radiowej Trójki. I tak w trójkę sobie pracowaliśmy. Kiedy trzeba było zrobić 30-sekundowy materiał do Wiadomości na 19.30, to Seba chwytał kamerę, ja mikrofon na wysięgniku, kable i to pudełko z dźwiękiem, a Michał, jako, że z radia i jedyny z nas bez wady wymowy, robił za „gadającą głowę”. Normalnie Latający Cyrk Monty Pytona, ale wesoło było i zawsze się udawało. Choć kiedy na lotnisku widzieliśmy lądujący samolot stacji CNN i wyładowywane z niego tony sprzętu, samochody transmisyjne, studia na kółkach i ponad setkę ludzi, to wtedy Seba schował kamerę i identyfikator TVP, ze słowami: Ale obciach… To był pierwszy i ostatni, jak na razie, czas kiedy mogłem spotkać się i porozmawiać z ludźmi ze „szklanego ekranu”. Organizatorami imprezy są członkowie rodziny Kennedy’ch. Obecnie reprezentują ich Maria Shriver i jej mąż Arnold Schwarzenegger i to z nimi rozmawiałem na początku, a potem w trakcie trwania Olimpiady, w czasie kilkunastu konferencji prasowych „poznałem” m. in. swojego idola – Bono, wokalistę U2, Nelsona Mandelę, Jona Bon Jovi, Heathem Locklear, Mary McAleese –ówczesną prezydent Irlandii, dziewczyny z The Cors, Shined O’Connor… Wszyscy w jednym miejscu! Ponadto przez cały czas miałem możliwość „zaglądania” do polskiej ambasady, pięknie położnej przy „ulicy ambasad” Ailsbury Road 5, naprzeciw placówki szwajcarskiej, a obok meksykańskiej i francuskiej, niedaleko chińskiej, holenderskiej i rumuńskiej… Tam naszych sportowców przywitała m. in. pierwsza dama RP Jolanta Kwaśniewska – spotkała się z nimi ubrana w czarny dres. Rewelacja, już nigdy później nie widziałem jej w takim stroju…Ja oczywiście szybko zacząłem miewać problemy finansowe. Mieszkałem za grosze (120 euro miesięcznie – rachunek za prąd) u Polaków (było ich wówczas w mieście około 300, słownie: trzystu, w większości studenci, bądź ludzie po studiach przebywający legalnie w ramach programu work&trawel) w dzielnicy Templeogue (30 minut autobusem od centrum Dublina), ale ceny w Irlandii były cztery razy wyższe niż w Polsce. Szybko więc przesiadłem się z komunikacji miejskiej na pożyczony rower. No i uczyłem się jeździć lewą stroną. Prawie dałem się przejechać na pierwszym skrzyżowaniu, ale jakoś się przestawiłem. Mimo to pieniędzy ubywało szybko. Wtedy Sebastian stwierdził, że telewizja dała mu dużo pieniędzy, to część może mi dać, jako dietę. Chłopak po prostu podzielił się ze mną swoją dietą! 250 euro uratowało mnie od totalnego dołu finansowego. Po raz kolejny stanął na mojej drodze ktoś bezinteresowny… Fotografia, wydawnictwa. Po powrocie do kraju zrealizowaliśmy z Sebastianem ponad 20 – minutowy reportaż z naszej wyprawy. To poszło na wszystkich kanałach publicznej TV, łącznie z TV Polonia. A potem zaczęliśmy współpracować przy produkcji kolejnych reportaży i ta współpraca, z różnym natężeniem, trwa do dziś.W ostatnich latach bardziej, niż dziennikarstwu poświęciłem się fotografii. Przy wykorzystaniu własnych zdjęć zacząłem tworzyć projekty materiałów promujących miasta, gminy. Na ich zlecenie robię foldery, mapy turystyczne, przewodniki. Nie tylko projektuję, ale też zajmuję się realizacją ich na papierze, szukam dobrych drukarzy, a miastu oddaje gotowy produkt. Dziennikarstwa nie zaniedbałem. Postanowiłem popracować w Gazecie Wyborczej i dzięki koledze Sebastiana z Krakowa, udało mi się dostać do wrocławskiego oddziału dziennika, do działu kulturalnego. Zobaczyłem jak tam jest, poznałem zasady ich warsztatu i… zwinąłem się, bo niestety na dłuższą metę miejsca tam dla mnie nie było. Nie poczytuję tego jednak broń Boże jako porażkę, ale wręcz odwrotnie – to kolejne cenne doświadczenie. Będąc już we Wrocławiu, w pewien deszczowy poniedziałek kupiłem(!) Wyborczą i w dodatku praca znalazłem ofertę wydawnictwa Ilustris – zobaczcie ich stronę www.ilustris.pl - przez pół roku pracy z nimi nauczyłem się wszystkiego o tworzeniu i sprzedaży tych nietypowych pocztówek. A potem wróciłem do swojej macierzystej gazety. Pracuję w niej nadal, choć coraz częściej myślę o zmianie klimatu. Od dziennikarstwa nie ucieknę, bo to nałóg, który nie daje spokoju i zawsze mobilizuje do dalszych poszukiwań. Gdzie mnie poniesie znowu? Jak zwykle nie mam pojęcia - okaże się niebawem. A zaczęło się od wykorzystania szansy w konkursie dla maturzystów… Pomyślcie o tym. Życzę powodzenia.
Arkadiusz Drygas
Arek jest Rzecznikiem Prasowym Hufca Krotoszyn, członkiem 23 DSH "SKAUT" im. B. Chrobrego, redaktorem i fotoreporterem wielu gazet, między innymi: "Głosu Wielkopolksiego" i "Infomacji Regionalnych".Artykuł pochodzi z serwisu Harcownik Wielkopolski www.harcownik.zhp.wlkp.pl |
Jak zostać dziennikarzem? Albo z powołania albo z przypadku. Albo i jedno i drugie, bo co, jeśli później okaże się, że ów przypadek był strzałem w dziesiątkę, który stał się sposobem na życie?
To chyba wtedy zauważyłem, że dobrze jest korzystać z każdej szansy, którą przynosi los. Zauważyłem, że wolę próbować, niż być biernym, bo jeśli spróbuję, to mogę coś osiągnąć, a nawet jeśli się nie uda, to będę miał świadomość, że próbowałem i nie będę miał dylematów w stylu: A może warto było…? Zawsze warto!
Podczas kolejnej wizyty, spotkałem dziennikarza z TVP 2 z Warszawy, Sebastiana, który realizował o sportowcach reportaż i jechał do Dublina z nimi. Postanowiłem, że nie może mnie tam zabraknąć. Ściągnąłem z internetu ponad 20 – stronicowy wniosek o przyznanie mi akredytacji dziennikarskiej, wysłałem go i… zacząłem się zastanawiać skąd ja na to wezmę pieniądze. Mój tygodnik wówczas już od dwóch miesięcy należał do innego właściciela – dużego, międzynarodowego koncernu prasowego. Moje poznańskie szefostwo, a konkretnie dział sportowy, bardzo był zainteresowany materiałami z Olimpiady i w ogóle nie był zainteresowany finansowaniem mojego wyjazdu – jako wsparcie otrzymałem aparat fotograficzny do dyspozycji i t – shirt z logiem gazety, ładny bawełniany, mam go do dziś, ale nie noszę, bo jest mi za duży… A ja bardzo chciałem jechać, toteż stwierdziłem, że na bilet autobusowy w dwie strony mam, nocleg za grosze poprzez TPI załatwiłem sobie w jednym z dwóch „polskich domów” w Dublinie, a reszta jakoś będzie. Tuż przed wyjazdem na spotkanie zaprosił mnie mój poprzedni wydawca, zapytał czy jadę do Dublina i czy mam pieniądze, bo dowiedział się, że muszę ten wyjazd sam sfinansować. Stwierdziłem, że jadę i że nie mam nawet minimum finansowego, ale sobie poradzę. Zapytał ile mi brakuje, na co ja odparłem, że co najmniej 500 zł. Wyciągnął portfel, wyjął wymienioną kwotę i wręczył mi banknoty z życzeniami powodzenia. Kolejny raz mi pomógł, nie chcąc nic w zamian (ostatecznie dostał ode mnie majtki i skarpety zakupione w oficjalnym sklepie Guinessa).
W „press room’ie”, zorganizowanym na potrzeby tego przedsięwzięcia, pracowało ponad 1000 dziennikarzy. Naprzeciw mnie reporter z RPA, za mną dwie amerykańskie dziennikarki pracujące dla stacji CNN i ja. Zresztą dziennikarzy z Polski w tym towarzystwie było… trzech! Sebastian, bo do jego osoby TVP okroiła swoją ekipę, ja oraz Michał Olszański z radiowej Trójki. I tak w trójkę sobie pracowaliśmy. Kiedy trzeba było zrobić 30-sekundowy materiał do Wiadomości na 19.30, to Seba chwytał kamerę, ja mikrofon na wysięgniku, kable i to pudełko z dźwiękiem, a Michał, jako, że z radia i jedyny z nas bez wady wymowy, robił za „gadającą głowę”. Normalnie Latający Cyrk Monty Pytona, ale wesoło było i zawsze się udawało. Choć kiedy na lotnisku widzieliśmy lądujący samolot stacji CNN i wyładowywane z niego tony sprzętu, samochody transmisyjne, studia na kółkach i ponad setkę ludzi, to wtedy Seba schował kamerę i identyfikator TVP, ze słowami: Ale obciach…
Ponadto przez cały czas miałem możliwość „zaglądania” do polskiej ambasady, pięknie położnej przy „ulicy ambasad” Ailsbury Road 5, naprzeciw placówki szwajcarskiej, a obok meksykańskiej i francuskiej, niedaleko chińskiej, holenderskiej i rumuńskiej… Tam naszych sportowców przywitała m. in. pierwsza dama RP Jolanta Kwaśniewska – spotkała się z nimi ubrana w czarny dres. Rewelacja, już nigdy później nie widziałem jej w takim stroju…
Po powrocie do kraju zrealizowaliśmy z Sebastianem ponad 20 – minutowy reportaż z naszej wyprawy. To poszło na wszystkich kanałach publicznej TV, łącznie z TV Polonia. A potem zaczęliśmy współpracować przy produkcji kolejnych reportaży i ta współpraca, z różnym natężeniem, trwa do dziś.